Skoro już tak wyszło że piszę o ciele//kobiecości//miłości ehem... fizycznej ;) a to wszystko z uwzględnieiem brzydkiego słowa na F., jak Feminizm , to będę się tego wątku trzymać.
Na zbliżający się Dzień Kobiet polecam Wam książkę Natalie Angier "Kobieta- geografia intymna". Generalnie jest to taki nieco obrazoburczy, a trochę romantyczny podręcznik kobiecej biologii. Możemy sobie poczytac o tym jak wyląda mięśniak macicy, albo jajnik, zachwycić się urodą jajowodu, oraz znaleźć przepis na to, jak wyleczyć prolemy z orgazmem marichuaną i pośmiać się nad tysiącem cudownie dowcipnych anegdot. Jednocześnie ta książka jest w jakiś sposób wyzwalająca. W naszej kulturze kobieca fizjologia jest tabu. Faceci mogą się nie golić, smierdzieć potem i opowiadać o defekacji przy śniadaniu. Wszyscy jednak wiemy, że opowiadanie o okresie, porodzie czy chorobach kobiecych gdy w pobliżu znajduje się ktokolwiek płci męskiej, jest wykroczeniem znacznie większego kalibru.
Kobieca fizjologia budzi lęk i odrazę, często nawet w nas samych. Mamy być czyściutkie, wygolone, a do tego beztłuszczowe jak jogurty light i panie w świerszczykach.
Czytając tę książkę, uświadomiłam sobie, że ja też żywię jakieś uprzedzenia w stosunku do mojego, babskiego ciała. Mi też ono wydaje się czymś mrocznym, i pełnym nieapetycznych wydzielin, o których- rzecz jasna- nie powinno się przenigdy wspominać wśród cywilizowanych ludzi, podobnie jak nie mówi się o ropiejących wrzodach, hemoroidach, sztucznych odbytach, oraz wymiotowaniu. Ta książka pomaga spojrzeć na swoje ciało przyjaźniej. Pogłaskać się po brzuchu, który chowa nie- wędrującą macicę, zastanowić się ewulucjonistycznie nad tym, skąd wzięły nam się takie piękne piersi i pośmiać się z tego, że być może wiele pięknych kobiet, to genetyczni faceci.
A u mnie- nic nadzwyczajnego. Zima znowu kazała mi zapomnieć o tym, że mam ciało i spędzam ją odalona od niego o kilometry, bujając w obłoach, czytając i śniąc o wiośnie.
Jakiś czas temu rzuciłam faceta, z którym sypiałam latem. Nie traktowałam tego jak związek i sądziłam (zgodnie z reszta z tym, o czym mnie zapewniał), że on też nie, ale sądząc po tym, jak strasznie się zdziwił, chyba się jednak myliłam. Wychodzi na to, że przeżyłam jak dotąd znacznie więcej rozstań, niż związków i stwierdzenie to jest nielogiczne tylko pozornie.
I nie myślcie, że jestem zupełnie bez serca. Bo tak zupełnie, to nie. Tylko przetrzymuje je od zeszłej wiosny pewien osobnik i nie wygląda, by miał je oddać. Podobnie jak nie wygląda na to, by miał mi w zamian oddać swoje, czy coś.
No ale składam się nie tylko z ukradzionego serca. Trzeba żyć, śmiać się i uprawiać seks. Żeby nie oszaleć z powodu niezrealizowanego platocznicznego uczucia, postanowiłam poszukać sobie kochanka na wiosnę. Jakiegoś przystojnego, beztroskiego, sympatycznego faceta, który będzie umiał docenić walory mego ciała i umysłu i będzie umiał zrozumieć, że użyczam mu ich tylko czasowo, dopóki jest w stanie karmić mnie śmiechem i orgazmami. A ja dam mu to samo.
Bo nie należę szczęśliwie do osób, które wciąż żywią naiwną, życzeniową wiarę w to, że kobieta może mieć satysfakcję z seksu tylko wtedy, gdy uprawia go z kimś, na kim jej zależy.
Sama przez jakiś czas w to wierzyłam, aż okazało się, że w ogóle nie w tym rzecz.
Wspomniana Natalie Angier mówi, że to kwestia poczucia kontroli, własnej siły.
A jak Wy myślicie?
Nie da się ukryć, że magiczne zdarzenie na "O" nie pojawia się zawsze i na każde wezwanie.
(Tak drodzy panowie, jeśli Wasze dziewczyny/żony/kochanki mają go zawsze, to znaczy, że istnieje spore prawdopodobieństwo, że w Waszym łóżku realizują się głównie aktorsko...)
Adrogynia kojarzy się trochę z obojnactwem, a trochę z bezpłciowością. Z walcem, który wyrównuje różnice, z czymś, co-
likwidując przeciwstawne bieguny męskości i kobiecości- niweluje między nimi całe to podniecające napięcie.
Jak działa na Was widok faceta w damskich ciuchach? Albo bardzo męskiej dziewczyny?
Lubię Drag Queenki, na ogół to fajne stworzenia. Ale w swoim wyglądzie są jedynie groteskowe-
nigdy seksowne.
Bardzo "męskie" lesbijki natomiast, choć uwielbiam kobiety i uważam, że mogłabym kiedyś odkryć w sobie skłonności nieco- bi,
nigdy nie wydawały mi się atrakcyjne.
Ale pewnej- jednej, jedynej nocy, w obu tych kwestiach przyszło mi zmienić zdanie.
Najpierw mężczyzna. Facet, dość w swym stylu bycia "męski", raczej typ outsaidera, ale chudy, długołosy. Facet, którego
lubię za jego celne riposty, czarny humor i umiejętność rozmawiania. W zasadzie, to się w nim trochę, platonicznie, podkochuję.
Gdy w wirze zabawy rozebrał się stojąc metr ode mnie, rozpuścił włosy i poprosił o pomoc w zapięciu zamka seksownej kiecki,
to przyznam, że nogi się pode mną ugieły. Wyglądał w niej zjawiskowo. Poważnie.
żeby ochłonąć, przemieściłam się w inną część imprezy, a tam trafiłam na moją koleżankę, ciekawej urody lesbijkę.
Krótkowłosa, w obisłej koszulce i bojówkach, nieśmiało uśmiechnięta i niesamowicie sympatyczna. Pocałowała mnie w kostkę u nogi i wyciągnęła do tańca.
I po raz drugi tego wieczoru, poczułam coś niesamowitego.
Dało mi to do myślenia.
Sporo czytałam o tym, jak ogranicza nas istnienie czegoś takiego jak "tożsamość seksualna", która zamyka nas w konkretnych,
wyraźnych ramach, oddzielając wyraziście ja od nie ja, kobiety od mężczyzn, homo od hetero.
Pierwszy raz dane mi było doświadczyć tego, jakie to w gruncie rzeczy sztuczne. Tego, że nasza seksualność jest czymś
znacznie większym, wyrazistszym, bardziej skomplikowanym, niż jej społeczne etykietki.
Teraz myślę, że androgynia, to nie jest aseksualność. To męskość i kobiecość- na raz. Fascynująca mieszanka...
Być może wcale nie liczy się płeć, czy "gender" (ta cała otoczka, jak odpowiednie ciuchy, fryzury, zachowania i role).
Liczy się osoba. To kim jest, jaka jest. Co nas z nią/nim łączy.
No i odwaga, by przyznać, że może się stworzyc bardzo erotyczna chemia, w sytuacjach, których nigdy byśmy o to nie podejrzewali...
Jeszcze nie całkiem obudzona
opuszczam Twoje mieszkanie o świcie
zanim spóźnisz się do pracy
czuję jeszcze Twój zapach na skórze,
a już jesteśmy w innych, obcych sobie światach
w których każde z nas osobno
walczy ze swoją
własną samotnością.
ja pierniczę
nie moge tych waszych blogów, patrzę na pierwsze zdania najnowszych wpisów
i co widzę ?
(wklejam jak leci, po kolei...)
"złe rzeczy mi chodzą po głowie... bardzo złe... potrzebuję prądu do życia"
"Ma chęć do życia wygasła... Jak znicz na cmentarzu"
"Zauważyłam, że ostatnio żyję w jakiejś chorej beznadziei."
"Dzisiaj mam dzień pt "nie lubię nikogo". Mało tego, ja dzisiaj nie lubię niczego."
"..Dzień jakiś taki smętny, dokucza mi uczucie zadumania."
"Mała dziewczynka siedzi w ciemnym korytarzu . W czarnej duszy borykają się czarne myśli "
Czy was pogięło???
siedzicie na dupie, jałowo narzekacie na zły los i czekacie na to,
że coś przyjdzie i zmieni wasze życie za was,
magicznie doda mu sensu,
cudownie sprawi, że wam się w końcu czegoś zachce
poza pieprzeniem, że macie wszystkiego dość
bo nikt wa nie kocha
a za co ma was kochać?
za siedzenie na dupie i narzekanie??
wasze, pieprzone, niedoczekanie
Mierzi mnie narzekactwo, marudnictwo, pierdolętctwo
smęcenie, nudzenie, zawodzenie
i możecie mnie teraz zeżreć za to co napisałam, śmiało ! :D
Gdy byłam dzieckiem, moje ciało było czymś normalnym i czymś wyłącznie moim własnym.
Gdy podrosłam, raptem zamieniło się w przedmiot.
Gdy byłam dzieckiem oblizywałam palce, siadałam z rozłożonymi nogami, bawiłam się błotem, zapamiętale się drapałam, prztulałam,
przeciągałam, ziewałam, śmiałam wrzaskliwie na gałe gardło i tańczyłam bez świadomości bycia widzianą.
Okres dojrzewania wszystko zmienił, bo moja jakakolwiek swoboda w podejściu do własnego ciała zaczęła mieć dla innych
konotacje seksualne. Gwizdy, wrzaski, trąbienie, obmacywanie, niewybredne komentarze nauczyły mni szybko, że by chronić swoją
nietykalność osobistą muszę tego ciała pilnować, muszę je z tej swobody "wyprać".
Resztę zrobiła religja, strasząc wiecznym piekłem i karząc straszliwym wstydem rodzące się seksualne impulsy.
Potem jeszcze pojawił się facet, sześć lat starszy, który nauczył mnie, że seks to męska sprawa, że najlesze, co mogę zrobić, to
poddać się, odciąć od doznań z własego ciała i udawać orgazm, żeby on wcześniej skończył.
Odcięcie od ciała przerodziło się w końcu w totalną romantyczną egzaltację, w wysyp platonicznych zakochań, w fizyczną
"niedotykalskość" i obsesje czystości i chudości.
Myślę, że moja obsesja bycia chudą to też pochodna tego procesu. Chudość- androgyniczność- aseksualność. Uwalniała moje
ciało od natrętnych spojrzeń. Pozwalała mu przestać być przedmiotem. Sprawiała, że było bardziej moje.
To wszystko doierało do mnie całymi latami. Powoli, powoli zaczęłam nienawidzić sztywności własnych ruchów i gestów,
zaczęłam się obawiać swojego seksualnego chłodu, zaczęło mnie irytować moje wieczne zawstydzenie i ciągła niechęć do własnego
ciała, które, zupełnie obiektywnie rzecz biorąc, jest zupełnie okej.
Dojrzewałam do tego miesiącami, aż w końcu przyszło lato, a z nim prawdziwa eksplozja fizycznych doznań.
Ciepło, które potęguje doznania dotykowe, smakowe i węchowe, sprawilo, że znowu poczułam się jak dziecko.
I w końcu dałam sobie do tego prawo.
Zaczęłam chodzić boso, tak by czuć łaskotanie trawy, piasku, kamieni. Zaczęłam jeść wolniej i mniej porządnie. Pozwalam lodom
się roztopić i kapać po dłoniach i oblizuję palce ze stopionej czekolady. Biegam w szortach, choć od lat nienawidzę swoich ud.
Dotykam się i głaskam, ziewam, przeciągam, a gdy mi za ciepło, to wskakuję do zimnej wody w ciuchach. Latam bez parasola w deszczu.
Siedzę wszędzie po turecku, śmieję się głośno rechocząc, śpiewam, choć wiem, że fałszuję, krzyczę, gdy mam ochotę.
Gadam co chcę i w końcu przestało mnie jakoś zawstydzać mówienie o ciele, wraz z jego fizjologią.
I w końcu stało się.
Musiało.
Przyjaciel faceta przyjaciółki. Wspólne wypady, kilkakrotne spanie w jednym łóżku i jego całkowita akceptacja moich
wszystkich dziwnych zachowań, przy braku jakichkolwiek prób nakłonienia mnie do czegokolwiek. To sprawiło, że poczułam, że mogę
być do końca sobą i bardzo, bardzo zapragnęłam odkryć co to tak naprawdę oznacza.
przez kilka nocy dotykaliśmy się niewinnie.
Przez kilka dni zaczepiałam go, tak dziecinnie. Drapaliśmy się, szczypaliśmy, łaskotaliśmy i biliśmy materacami.
Potem, wśród okrzyków wojennych przywiązałam go do drzewa. Zakradłam się i oblałam zimną wodą (za co wrzucił mnie w ciuchach do morza;),
karmiłam go arbuzem, i pozwalałam mu bawić się moimi włosami.
Pewnej nocy go pocałowałam.
Kilka nocy później poszliśmy na całość i każdej kolejnej coraz bardziej odklejało mi się we łbie i prowokowałam go do coraz
to bardziej szalonych wygłupów.
Jakimś cudem niewiarygodnym obudził się we mnie wariat, dzikus, chochlik i łobuz ;)
Nic z nudnego romantyzmu albo sztywniackiego wyrafinowania. Koronkowej bielizny, sentymentalnej muzyki, wina w kieliszku,
zachodu słońca.
Tylko sama dzikość i wariackość.
I co ciekawe, wcale nie czuję się jakbym straciła to mityczne dziewictwo.
Raczej jakbym odzyskała jakąś pierwotną niewinność, radość, wolność i siłę.
Moja droga do bzykanka nocy letniej w tym roku najeżona jest przeszkodami.
Poznałam mężczyznę. Długachne o życiu i śmierci rozmowy w sielankowych okolicznościach przyrody, miliony porozumiewawczych spojrzeń
ponad głowami niczego nie podejrzewających znajomych i jak to mawiają moi kupmple- "zajebałam się na chuj".
Wytwórnia motyli w brzuchu, ogłupiające poczucie oksytocynowej bliskości i kiczowcie romantyczne obrazy wyświetlające mi się
przed oczami, ilekroć się zagapię.
I co...?
I wszystko to o dupę, moi państwo, rozbić.
Pan milczy.
(doświadczenie wieloletnie uczy- gdy chłop nie dzwoni, to po prostu- ma w dupie i wmawianie sobie czegokolwiek innego jest głupotą)
Ale bez obaw.
Zaprawdę powiadam Wam, że gdzie jeden nie skorzysta, tam dwóch się pobije.
Oto o pokiereszowane szczątki serca mego wtórnie dziewiczego stanęło dwóch wyposzczonych jako i ja- panów.
Obaj szlachetni, pomocni, uprzejmi i obiecująco umięśnieni, a im mniej się staram ładnie wyglądać i być miła, tym me źródła częściej donoszą o alarmującym stanie ich napalenia na mnie.
Gdy gadam z jednym, to drugi dzwoni, by się umówić. I na odwrót.
Jeden ma piękne oczy, drugi poczucie humoru.
Jednemu kibicuje przyjaciółka, drugiemu siostra.
Dziś nawet miałam iść na śniadanie z jednym, a na kolację z drugim. Tak celem uczynienia stosownych porównań.
Ale oto powiadam, że wierutnym kłamstwem jest twierdzenie, że od przybytku głowa nie boli.
Otóż boli. Wyrasta mi ósemka, spuchła mi gęba, dentysta ostrzega, że "boleć, to dopiero będzie" a ja zamiast czuć się jak
rażona gromem czuję się jak pierdolnięta pustakiem.
Chyba się poddam i kupię se w końcu wibrator.
Jest wiele mnie.
Jedna z nich jest ciepła i sympatyczna. To powierzchowna ja. Umiem przyciągać nią ludzi. Używam jej, by ich nie zniechęcać, nie straszyć. Ta "ja" służy do gadania z nimi, umie słuchać i robi pozytywne wrażenie.
Nieco głębiej jest ja typu zimna suka. Zdystansowana, manipulująca, cyniczna. Chłodna. Z jednej strony aseksualna, z drugiej- używająca swojej seksualnej atrakcyjności do tego by przyciągać. Przyciąga dla samej przyjemności przyciągania. Karmi się podziwem, karmi się cudzym pragnieniem, którego sama nie czuje. Nie umie poczuć. Jest ironiczna i złośliwa.
Głęboko, głęboko dalej jest małe dziecko. Gołe jak ślimak bez skorupki. Poddatne na zranienie, wrażliwe, smutne i spragnione czułości. Tam nikt nie sięga. Nawet ja.
Żadna z tych dziwnych osób nie nadaje się do tego, by iść z nią do łóżka.
Wielu jednak próbuje. I ja ich regularnie odsyłam z kwitkiem.
Niektórzy nawet się zakochują. To ci, którzy wierząc w to, że przyciąga ich ta sympatyczna, zwyczajna dziewczyna, tak naprawdę uganiają się za lodowatym suczydłem, które noszę odrobinę głębiej.
Coraz częściej jednak myślę o tym, by zebrać tę bandę dziwolągów, które we mnie siedzą i spróbować z tego coś ulepić.
Mówiąc brutalnie i wprost. Postanowiłam, że do końca czerwca pójdę z kimś do łóżka. Nie ma co gdybać. Trzeba działać ;)
I odkryłam w tym względzie rzecz dziwną. Kiedyś pociągali mnie mężczyźni silni. Twardzi. Nieco dominujący.
A w tej chwili- zupełnie inaczej. Mam ochotę zrobić to z kimś, nad kim będę w jakimś stopniu- dominować. Kimś miej doświadczonym, mniej zdystansowanym i mniej cynicznym. Poznałam kogoś, kto od pierwszych chwil znajomości mnie nieprzyzwoicie idealizuje. Pisze mi sentymntalne wiadomości, zachwyca się, zapala i zachowuje jak nadwrażliwy, naiwny dzieciak, choć jest starszy ode mnie, a ja dawno juz nie jestem dzieckiem.
Mam niecałkiem ładną, niecałkiem dobrą i niecałkiem przyzwoitą ochotę zabawić się z nim. Bądź nim. Poczuć swoją władzę, swoją siłę.. I wyzbyć się zahamowań.
Zabawne, swoją drogą co siedzi w spokojnej, grzecznej i tak na pierwszy rzut oka zimnej kobiecie... ;)
Ogranizacje feministyczne ogłosiły oficjalne Dni Cipki.
"Naszym celem jest odczarowanie słowa "cipka", wspólne poszukanie innych określeń i sposobów mówienia o kobiecej cielesności, które nie miałyby wydźwięku naukowo-medycznego lub wulgarnego, a także podkreślenie radosnych i pozytywnych aspektów seksualności kobiet."
http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,95190,7642485,Pierwsze_oficjalne__Dni_Cipki__juz_w_kwietniu.html
Popatrzmy, jak to jest, że składamy się z części lepszych i gorszych. Bardziej odpowiednich i mniej. Oficjalnych i nieoficjalnych. Takich o których mówić wolno i takich, które wypada przemilczeć. Jak najbardziej wypada mieć głowę. Nie całkiem jednak grzecznie jest oficjalnie posiadać- resztę.
My, kobiety, problematyczne robimy się już zaraz za łabędzią szyją, gdzie gnieżdżą się cycki. Jest to bardzo stresująca i sama w sobie sprzeczna część ciała.
Istnienie jej medycyna estetyczna wycenia pewnie na grube miliony. Powiększanie, zmniejszanie, ujędrnianie, podnoszenie, korekty, zmiana kształtu, ogległości, proporcji...
Po wmówieniu nam, że jedynie słuszne są piersi duże, idealie okrągłe i wiecznie wskazujące północ, czyli występujące w przyrodzie bardzo rzadko, a jeśli już, to przez bardzo niedługi czas, przemysł "upiększający" zarabia krocie.
Jednocześnie jednak każda kobieta wie, że posiadanie piersi smętnie wiszących, jest grzechem równie wielkim, jak karmienie potomstwa sztuczną papką z butelki. Schizofrenia...
Ponad to piersi są też obiektem niewybrednych komentarzy, niezastąpionym źródłem kompleksów, oraz siedliskiem nowotworów.
Istna makabra.
Niżej mamy brzuch i to wcale nie jest lepsze. Kiedyś, z racji ideału urody kobiety sznurowały się w gorsety, przemieszczające im narządy wewnętrzne i regularnie je podduszające. Potem "niemoralne" feministki je zdjęły, budząc znacznie większe zgorszenie, niż dziś- organizując dni cipki. Obecnie jedyny prawidłowy brzuch jest płaski jak deska, nie posiadający rozstępów, ani innych okropieństw, ale jednocześnie musi umieć pomieścić, wykarmić i ochornić jakże konfliktogenne i budzące zainteresowanie "życie nienarodzone".
Dziś nie gorszą już nikogo zdjęcia kobiet w ciąży. Jest na nie wręcz moda. Ale zdjęcie nagiej Demi Moore, autorstwa Annie Leibovitz, z okładki Vanity Fair wywołało swego czasu prawdziwy skandal obyczajowy.
(CZYŻBY WYZWOLEIE KOBIECEGO CIAŁA Z ABSURDÓW NASZEJ KULTURY MUSIAŁO ODBYWAĆ SIĘ ZA POMOCĄ MNIEJSZYCH BĄDŹ WIĘKSZYCH SKANDALI?)
Posiadamy też nogi, o których jeszcze w XIX wieku nie wypadało mówić głośno, a dopiero w następnym wieku pozwolono nam wyciągnąć na wierzch (też nie odbyło się bez zgorszenia). Dziś nogi są bardzo ważne, bo posiadają często bardzo dochodowy dla firm kosmetycznych- cellulit. Nogi mają być przede wszystkim przeogromnie długie i o udach niemalże o szerokości łydki. (Lekarze wprawdzie ostrzegają, że posiadanie takowych wiąże się z ryzykiem wczesnej śmierci na choroby serca, co jednak nie przeszkadza znaczącej większośći dziewczyn ubolewać nad ich "monstrualną wielkością", która, jak podają fora internetowe, zaczyna się powyżej pięćdziesiątego centymetra obwodu).
Mamy też pupę, która doczekała się wyzwolenia z nadejściem stringów i liposukcji. Generalnie nie służyjuż ona do siedzenia, ale do tego, by wcierać w nią kremy, ćwiczyć jej mięśnie i chcieć pomniejszyć, bądź powiększyć.
Najtrudniejsza jednak ze wszystkich części jest ona, cipka.
Zło wcielone.
Doskonale oddaje to język polski- słowo srom (czyli nazwa zewnętrznych narządów płciowych kobiety) oznacza również "wstyd". Obrazowe, czyż nie?
Słowo "cipka" wpisane w wyszukiwarkę odkrywa przed nami jedynie morze pornografii, a słowo "pochwa" porady ginekologiczne. Jest jeszcze "pizda", dosknale się sprawdzająca jako słowo obraliwe.
Generalnie, to pornografia, obraza, albo medycyna ;))
Zatem do boju, feministki, niech kobietom wolno będzie mieć między nogami coś niegroźnego, nieobraźliwego i pozytywnego ;)
Śpiewa Marysia Peszek na płycie, do której długo nie umiałam się przekonać. Chyba z zazdrości o wyrażony w niej stan przyjaznej harmonii kobiety z jej ciałem. Niebywałe.
Dla mnie ciało to często jakiś dziwny potwór, w którym mieszkam, ale którym nie do końca zarządzam i który, co rusz, wycina mi jakieś głupie numery.
Nie ufam mu, cholerze jednej, więc traktuję je bez sentymentów. I tak- co rano Duch przejmuje kontrolę nad ospałą Materią, która nie chce wygrzebywać się z wyra. Drastyczne dietetyczne rygory będące wymysłem mojej skołatanej duszyczki zainfekowanej trucizną współczesnej cywilizacji - nie pozwalają ciału na wpieprzanie cukierków, choć ono często strasznie by chciało.
Potem zmuszam je do niespania po nocach. Do intensywnego wysiłku, gdy chcę udźwignąć przeraźliwie wypakowany plecak. Każę mu stać prosto, siedzieć ładnie, ganiać w niewygodnych butach i grzecznie się uśmiechać, gdy ono właśnie gotuje się do krzyku albo płaczu.
A ono potem uprzykrza mi życie bólem głowy, albo brzucha, albo nie chce spać, choć ja mu akurat kazałam, czy też nie dostarcza mi orgazmów, kiedy ja mu znalazłam faceta.
Niewdzięczne.
I właśnie za to, że takie jest, francowacie niewdzięczne, chcę mu teraz podziękować drapiąc się z czułością po stopie. (Kizi-mizi, śmierdzielu ;)
Kurcze, bo to tak naprawdę jest piękne, że ciało nam czasami stawia wielki, radosny znak stop, i zdaje się mówić: "o nie, kochana, nie tak, jak będziesz mnie traktować w ten sposób, to nie będę się z tobą bawić".
Bo przecież ciało nie jest głupie, nosi w sobie te nasze emocje, z którymi sobie nie radzimy, strachy, pragnienia i kpi sobie z naszych prób ściemniania mu.
A wpadłam na to wszystko niedawno, szukając czy jest w moim życiu aspekt w którym moje ciało ma pełną wolność i gdzie nie wdałam się z nim w walkę.
Okazało się, że walczę z nim zawsze i wszedzie, ale ono zawsze wygrywa w tańcu.
Bez względu na wiele lat nauki przyzwoitego, ładnego tańca, ono zawsze rusza się w swoim rytmie, pokracznie i w sposób budzący moje zażenowanie.
I to jest piękne, wobec mojego wielkiego talentu to katowania go i zmuszania do czegoś, na co nie ma ochoty.
Ono mówi "nie i koniec, albo tak jak ja chce, albo ugryź nas w dupę, jeśli zdołasz, cwaniaro".
Ale za to, gdy pozwolę mu się pobujać tak, jak ono tego chce i pragnie, to odwdzięcza mi się zasypując mnie tymi chemicznymi mózgowymi słodyczami.
Teraz znowu kiziam stopę w akcie czułości i dochodzę do wiekopomnego wniosku- jak ciało mi mówi „A takiego wała, nie słucham cię”, to znaczy, że teraz ja musze posłuchać jego. Kizi Mizi, kizi, łaskotki, gaskotki i do spania marsz, ziew, przeciągnięcie, podrapanie ;)
W łóżku z perfekcjonistką.
Myślcie sobie, że jestem ekshibicjonistką, trudno i tak to napiszę. Bo jak nie napiszę, to nie uwierzę, a jak nie uwierzę, to nie zmienię i pozostanę funkcjonalną dziewicą do osiemdziesiątki (jeśli, szczęśliwie, dożyję). Ten blog będzie, uwaga, poniekąd o seksie, kto sie gorszy, albo ma lat poniżej czterdziestu ośmiu, niech nie czyta, won, precz, spierdalać (skoro już piszę o seksie, to będę też kląć, co mi tam kurwa jebana w dupę rżnięta mać ;) Ale to nie będzie o seksie dla cichokomputerowych masturbatorów, o nie, dupa. Sorry. Będzie szczerze. (Jak eksbibicjonizm, to pełną gębą, nie?)
No to zaczynam.
Dawno, dawno temu, w okolicach szesnastego roku życia, kiedy to fizjologicznie rzecz biorąc straciłam dziewictwo, które nie bez powodu wrzuciłam w nawzę bloga abo nadal więcej we mnie zakonnicy iż ladacznicy), każdy mój facet zaczynał jako ogier, a kończył jako impotent i dziwna ta zależnosć nie straciła na aktualności po dzień dzisiejszy. Myślałam, że to normalne, ale teraz obawiam się, że to jednak dawno dawno temu przyszła zła wiedźma i rzuciła urokiem ;)
No bo wyobraźcie sobie...
Jest se laska. Niezła dupa z twarzy, jak to mawiają. Naturalna rudzina z cycem, biodrem, dupą, talią i czym tam se jeszcze kto zażyczy. Do tego zadbana. Buciki, sukieneczka, leciutki mejkapik, delikatniutkie perfumki, wymalowane paznokietki, gładziutkie nóżki, tu kremik, tam maseczka, tu farbka, tam puderek, tu duperek, zgrabna, wysportowana, ale o kobiecych kształtach, ładna buzia, zgrabny tyłek, no jednym słowem- zdrowy chłop by z łóżka nie wypuścił...
I co?
Pułapka.
Nauczcie się drogie samczyki, jeśli impotencja Wam niemiła- im bardziej lachon wypacykowany, im zgrabniejszy, lepiej zrobiony, dokładniej wydepilowany i perfekcyjniej wymalowany, tym mniej w nim luzu. Nawet jego spontaniczność jest wyrazem silnego postanowienia i wielokrotnych prób.
Nadchodzi wieczór. Wypiliście trochę wina, dogasają świeczki, pełnia Księzyca napierdala zza okna. Lachonowi cuś mocniej błyszczy w oku, a Tobie mocniej staje w kroku, buzi buzi, jakieś tam macanki, Ty się zastanawiasz czy wziąć ją na stole, czy na parapecie, a ona o czym myśli?
Jak to o czym? O tym, czy:
nie rozmazało się jej oko lewe
oko prawe
nie świeci jej się nos
oddech nadal pachnie miętą
antypespirant jest niezawodny
aby na pewno dokładnie ogoliła tył łydki
i przód uda
i czy aby pamieta wszystkie najnowsze porady z Cosmopolitana...???
Zatem, co następuje?
Wyrywa się ona z Twych objęć, pędzi do łazienki, poprawia mejkap, wskakuje pod prysznic, wklepuje czterdzieści balsamów, dokańcza maszynką i tak perfekcyjnie ogolone nogi i jakieś pół godziny później, gdy Ty już na dobre zaprzyjaźnisz się z telewizorem, albo przyśniesz- ona- TA DAAAAM!!! jest gotowa.
I co? Dalszy ciag dramatu...
Po panicznej ucieczce i dogodzeniu perfekcjonizmowi kobieta wie, że nic już jej nie uchroni przed seksem, tylko w panice stwierdza, że zniknęła jej nań ochota. Ale trudno. Przecież nie jest zimną suką, zrobi to. Sprwadza jeszcze termin ważności na gumkach, połyka tablektę antykoncepcyjną i sprawdza czy ma w pogotowiu test ciążkowy i ufff... Jedyne, o czym teraz musi myślec to to jak dobudzić faceta i ukryć przed nim cellulit na udzie, rozstęp na tyłku, fałdę na brzuchu i pryszcza na brodzie...
No i do dzieła. Akcja się zagęszcza. Mija kilka minut, facet udobruchany nieco tym, że ona jednak dobrze pamiętała te światłe rady z Cosmopolitana, a tu nagle kobita wpada w popłoch... O Boże, ja już chyba powinnam mieć orgazm. O Boże, co on sobie pomyśli, jak ja nie będę miała? Że jestem zimna? To jak, udawać? Ale jak będę udawać, to on się przestanie starać, nauczy się, że mi sprawia przyjemność coś, co akurat nie sprawia i o orgaźmie w przyszłości też będę mogła zapomnieć... Po kilkunastu ciężkich minutach w końcu on kończy zabawę. Akurat wtedy, gdy on, nauczony przez życie, że wypada sie przytulić, zamiast odwrócić się tyłkiem i rozkosznie zachrapać, próbuje to przytulenie uskutecznić, ona stwierdza, że jest lekko spocona, więc co? Dla ukrycia defektów urody zawija się szczelnie w prześcieradło i zmyka do łazienki umyć się dokładnie. W końcu schodzi z niej całe napięcie, więc wraca przytulić się do faceta. nie moze jednak zasnąć, bo jego oddychanie, czy mamrotanie przez sen wytrąca ją zupełnie ze snu. W końcu zasypia nad ranem, a on dwie godziny później buzi ją pocałunkiem. On myśli, że może by tak dac jej jeszcze jedną szansę i spróbowac seksu porannego. A o czym myśli ona? Jak to o czym?? O tym, że teraz to juz z pewnością:
ma rozmazane oko
niezbyt świeży oddech
jest spocona
a poza tym jest tak jasno, że widać jej kazdy rozstęp, że o cellulicie to juz nawet nie będzie wspominać, przecież nie jest perfekcjonistką... ;)))
e-blogi.pl [Załóż blog!] Subskrybuj blogi [Zamknij reklamy] |